• 666-663-050
  • kontakt@roweromantyk.pl
Miejsca
Długi weekend czerwcowy w górach

Długi weekend czerwcowy w górach

Dwa razy do roku spotykam się z przyjaciółmi z młodzieńczych lat na kilkudniowym wyjeździe. Raz późną jesienią, przed Bożym Narodzeniem i raz jest to majówka bądź długi weekend Bożego Ciała. W tym roku „czerwcówkę” zaplanowaliśmy w malowniczych i pagórkowatych okolicach Wlenia na Dolnym Śląsku. Nie było więc opcji, aby nie zabrać ze sobą szosy.

Długi weekend

Plan był taki, aby co najmniej dwa razy wyjść na trening i żeby była to aktywność „na bogato”. W swoich okolicach nie mam takich podjazdów/hopek/pagórków, jakie są w tym rejonie, więc chciałem wykorzystać maksymalnie bogactwo tej krainy. Już tydzień wcześniej przygotowałem sobie dwie trasy na ten długi weekend. Pierwsza, ostrzejsza, około 40km i blisko 700 metrów przewyższeń. Całkiem przyzwoicie jak na kogoś o moich możliwościach. Druga, bardziej na „rozjazd”, około 45km i niecałe 600 metrów w niebo.

Przy planowaniu trasy uwzględniałem głównie dwa czynniki. Po pierwsze jak najbardziej pofałdowany teren, bez płaskich odcinków i po drugie wąskie, górskie uliczki wijące się po małych miejscowościach. Udało się to zrealizować tak w 90% więc jestem mega zadowolony. W zamyśle miałem też trening siły nóg, a sztywne podjazdy, na których trzeba „ugniatać kapustę”, wyśmienicie się do tego nadają.

Dzień pierwszy

Pierwsza trasa: https://www.strava.com/routes/2835159726733963648

Długi weekend trasa 1

Przed jej startem zrobiłem krótką, 10-minutową rozgrzewkę bo na samym początku miałem do pokonania ściankę o długości 1,45km i średnim nachyleniu 6% (krótkimi momentami 12-15%).
Na początek poszło całkiem gładko, aż sam byłem zaskoczony ponieważ na co dzień takich podjazdów nie mam. Krótki wysiłek zrekompensowało malownicze położenie drogi wśród pól i łąk porośniętych wysoką trawą, a na sam koniec widok na malowniczą kotlinę porośniętą miejscami rzepakiem. Następnie jechałem drogą wojewódzką w stronę Wlenia, głównie w dół, a później delikatnie pod górkę do miejscowości Łupki Drugie. Tutaj rozpoczęło się danie dnia czyli 2,4km podjazdu o średnim nachyleniu 5,6%. Niby nic dla wytrawnego amatora, ale podjazd ma taką charakterystykę, że zaczyna się w miarę łagodnie, a im bliżej końca tym nachylenie rośnie coraz mocniej. Taka trochę wygięta do góry parabola. Dość powiedzieć, że ostatnie 450m ma średnie nachylenie 9,6%, a już ostatnie 200 to rzeźnia między 12 a 18%.

Przyznam szczerze – końcówka mnie zniszczyła. Brakło lżejszego przełożenia na kasecie, kadencja spadła w okolice 55-60 i z łydek buchał ogień piekielny. Długi weekend rozpoczęty z pompą. Ogromny szacun dla tych, którym nie sprawia to większych problemów. Są tutaj tacy? 😀

Niemniej jednak opłacało się cierpieć. Na „szczycie” czekał na mnie kapitalny widok na ośnieżone jeszcze Karkonosze ze Śnieżką na czele. Nie zrobiłem zdjęć. Zostawiłem ten widok dla siebie. Jedź i zobacz sam 🙂 Na zachętę wrzucam zrzut ekranu z tego miejsca bezpośrednio z google maps.

Widok z góry

Zjazd w Dolinę Bobru w kierunku miejscowości Plichowice to kolejna kapitalna sprawa. Trwał dość krótko bo prędkość pomnożona przez wąskie uliczki daje świetne odczucia – polecam. Po zjeździe skręt w prawo w Plichowicach i zaczęła się druga atrakcja tego dnia czyli 2,4km o średnim nachyleniu 5,8%. Niemal identycznie jak na poprzedniej hopce, a średnie nachylenie mogłoby sugerować, że nawet nieco trudniej. Ten podjazd był jednak zdecydowanie inny gdyż był dość równomierny i prawie cały czas trzymał się w okolicach 6%, czasem dobijając tylko do 8%. Tutaj blatu już nie brakło i wjechałem na górkę przed miejscowością Maciejowiec „zrelaksowany”.

Końcówka

Krótki dynamiczny zjazd (-10%) i w Maciejowcu znów pod górkę :D. Tym razem około 2,5km z nachyleniem między 2 a 6% – relaks i czysta przyjemność po dwóch poprzednich. Na zakończenie ostała mi się jeszcze hopka 1,8km o średnim nachyleniu 3,6% i można było zjeżdżać w dół do miejsca, w którym byłem zakwaterowany. Podsumowując – dałem sobie w kość. Jak to wygląda z boku? Kilka hopek czwartej kategorii i to w sumie wszystko… Ale suma przewyższeń na tak krótkim dystansie i fakt, że jechałem je „na twardo” pozostawił ślad w nogach. I głowie w sumie też 🙂

Dzień drugi

Trasa nr 2 → https://www.strava.com/routes/2834526385403320880

Długi weekend dzień drugi

Założenia przy jej rysowaniu były takie, aby przewyższeń nie było dużo mniej niż poprzedniego dnia, ale chciałem uniknąć kilku ostrych podjazdów stawiając na te mniej strome ale dłuższe. Udało się ponownie 😀 Na rozgrzewkę poszedł 1km o średnim nachyleniu 4,1% (choć było tam 100metrów między 9 a 18%). Po nim 5km jazdy po delikatnie opadającym terenie przez miejscowości Górzyca i Sobota do Dębowego Gaju gdzie znajdowała się druga ścianka (1km, średnie 6,4%, max 11,3%).

Króciutki zjazd i przyszło mi kręcić przez około 8,5km pod delikatnie wznoszący się teren. Takie 2-3% cały czas co nabiło około 150 metrów do góry. Trzeba tutaj zaznaczyć, ze część tego dystansu pokonałem jadąc ścieżką rowerową stworzoną w miejscu starej linii kolejowej (miejscowości Pławna Dolna i Pławna Górna). Kapitalna sprawa podobna do projektu „Kolej na rower” usytuowanego w moim regionie. Kolejne 7km to delikatnie pomarszczony teren, który doprowadził mnie do podjazdu, który pokonywałem dzień wcześniej, między miejscowościami Wojciechów i Golejów. Wpadł PR, 4s szybciej niż wczoraj 😀

Zapora Plichowice

Wjeżdżając na „szczyt” w Golejowie puściłem się zjazdem w dół już na czystej fantazji, z lekkością wyprzedzając po drodze auto jadące „przepisowe” 50km/h. Cóż… nie mówicie nikomu 😀 Od Golejowa w zasadzie jechałem około 10km cały czas w dół, z drobnymi akcentami delikatnych hopek. Na koniec podjechałem to, co dzień wcześniej zjeżdżałem czyli odcinek między Wleniem a Bystrzycą. Stąd pozostał mi już tylko ostry zjazd do miejsca zakwaterowania gdzie znów puściłem się pod 70km/h. To właśnie w takich momentach czuję prawdziwą wolność.

Podsumowanie

Długi weekend i dwa intensywne dni. Około 85km po pagórkowatym terenie i w sumie ponad 1300m przewyższeń. Jak na mnie to poszło w nogi konkretnie. O dziwo wyjazd zarówno mnie zmęczył jak i pozwolił odpocząć. Ciekawe uczucie. Będę tam wracał, świetne rejony z wieloma sztywnymi, ostrymi ściankami, które potrafią doprowadzić łydki do płaczu. Wiele wąskich dróżek z bardzo dobrej jakości asfaltami (choć oczywiście zdarzają się też dziury, trzeba mądrze planować trasy) A jeśli doda się do tego fakt, że bardzo blisko stąd w Karkonosze i wyjazd można jeszcze bardziej podrasować przewyższeniami to rysuje się nam obraz idealny do zróżnicowanego treningu.

Selfie wgórach

Jeśli kochasz góry to skusisz się na taki wypad i niekoniecznie będzie Ci potrzebny do tego długi weekend. Jeśli Twoją pasją jest kolarstwo to w zasadzie nic więcej nie muszę mówić. Jest takie przysłowie (a przynajmniej tak mi się wydaje, że jest) „Esencją jazdy są podjazdy”. Kolarstwo to pasja, która pozwala odkrywać i za to również ją kocham.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *