• 666-663-050
  • kontakt@roweromantyk.pl
Trasy
Przełęcz Okraj – przekroczyć granicę

Przełęcz Okraj – przekroczyć granicę

Przekroczyć granicę i to nie tylko tą polsko-czeską, ale przede wszystkim swoją własną. Przejść przez ten moment w życiu sportowym, w którym się jeszcze nigdy nie było i zobaczyć co tam jest schowane 🙂 Nie miałem jeszcze nigdy okazji wjechać rowerem powyżej tysięcznego metra nad poziomem morza. Przełęcz Okraj wspina się na 1050m n.p.m. więc wydaje się być idealnym punktem do tego, aby się przełamać. Udało się – cel został osiągnięty. Jeden z wielu, które na ten rok sobie postawiłem. A wiadomo, że jak już się gdzieś wlezie to nagle człowiek zaczyna chcieć więcej i więcej – ot taka nasza natura (bo chyba nie tylko moja prawda?)

Plan

Wyjazd w góry planowaliśmy ze znajomymi od blisko trzech tygodni. Dostałem świetną, sprawdzoną trasę od Kasi z yolobike.pl, która zakładała 2000 metrów przewyższeń na 103km. Powiedzieć „solidnie” to nie powiedzieć nic. Dla amatora, który rzadko przekracza 500m na 100km w swoich rejonach to było już coś konkretnego. Niemniej jednak, mając w głowie wspomnienia z zeszłego roku dotyczące wypadu na pętle izerską, byłem pełen optymizmu przed atakiem na Przełęcz Okraj.

Pobudka w niedzielę o 6 rano – kilka lat temu nie do pomyślenia. Pasja zmienia ludzi 😀 . Wyjechaliśmy w pięciu z Sulechowa około 7:15. Trasa S3 do Bolkowa – bajka. 1h40 minut i jesteś w górach. Później około 35 minut drogi do Podgórzyna, skąd mieliśmy wystartować. Plan „ruszyć o 10” został więc wykonany w stu procentach.

Danie główne

Link do trasy -> https://www.strava.com/routes/2836941390654034440?fbclid=IwAR1VzzTMGMliQzh5r1VSd6V5v6OD8eEhg1UVSZ5milzLjnI80ppfwebJco8

Pierwsze 15km zaczęło się dość niewinnie, ot kilka krótkich hopek na przepalenie nogi. Adrenalina i pozytywna energia, które kumulowały się we mnie od kilku dni przed wyjazdem, zaczęły uderzać do głowy i świetnie nastrajać przed podjazdem na przełęcz Okraj. Noga podawała świetnie, był luz i duża rezerwa mocy. Niestety przeceniłem się na samym początku i to była praprzyczyna późniejszych problemów, ale o tym później. Na początku podjazdu ustaliliśmy, że każdy jedzie swoim tempem, wszak każdy ma inne możliwości. Gdy do przodu ruszył najmocniejszy z nas kolega, skoczyłem mu na koło i poleciałem za nim. Kilkaset metrów i puściłem koło, dzik jechał na dużym blacie podczas gdy ja kręciłem młynek na małym 😀

Przełęcz Okraj razem

Swoim tempem jechałem dalej, samopoczucie dopisywało, noga podawała w wysokiej kadencji – to jest to co lubię najbardziej. Podjazd się dłużył, ale zjechaliśmy się w grupę i dając sobie zmiany pokonywaliśmy solidnie kolejne metry. Po kilkudziesięciu minutach osiągnęliśmy cel – przełęcz Okraj, 1050m n.p.m. Cóż za uczucie – coś niesamowitego mieć świadomość, że zrobiło się coś pierwszy raz w życiu. Zrobiliśmy fotki ponieważ widoki są tam przepiękne, wleciał banan, żel i dużo płynu, żeby uzupełnić paliwo. Ogólne samopoczucie było świetne, nogi też mówiły, że jest rewelacja i można śmigać dalej.

Jazda w dół

Po krótkim postoju ruszyliśmy w dół. Ku mojemu zaskoczeniu (nie mam takich zjazdów u siebie więc ich nie trenuje) całkiem dobrze szła mi jazda z górki od strony technicznej. Dość powiedzieć, że złapało mi 250 czas na ponad 4000 ludzi, którzy jechali Przełęcz Okraj w dół. Albo mam to w genach, albo jestem na tyle głupi, że nie czuje ryzyka – sam nie wiem. Na dole poczekaliśmy chwilę, żeby się zjechać i ruszyliśmy w kierunku Rudawskiego Parku Krajobrazowego gdzie czekała nas druga atrakcja tego dnia – Przełęcz Rędzińska. W tym momencie powinienem był znowu zjeść lub chociaż spożyć żel. Nie zrobiłem tego. Konsekwencje były okropne…

Przełęcz Rędzińska

O ile wjazd na Przełęcz Okraj był dużo dłuższy niż to co czekało nas tutaj, to był stabilniejszy jeśli chodzi o nachylenie. Rzadko kiedy osiągało wartość dwucyfrową i plasowało się stale na poziomie 7-9% z lekkim wypłaszczeniami. Przełęcz Rędzińska jest znacznie krótsza i niższa, ale… no właśnie – duże ALE. Zaczyna się dość łagodnie od takich 4-6% więc jechało się dość przyjemnie kręcąc młynek. Ba – podpaliłem się podobnie jak przy wjeździe na Okraj i kręciłem ile fabryka dała. Jest to jednak podła górka. Im dalej w las tym jest bardziej stroma. Mniej więcej takie coś (tylko dłuższe) jak jeden z podjazdów, które miałem okazję pokonywać w okolicach Wlenia miesiąc wcześniej (więcej tutaj → http://roweromantyk.pl/index.php/2021/06/10/dlugi-weekend-czerwcowy-w-gorach/) Dość powiedzieć, że ostatnie 1,6km ma średnie nachylenie 10% często skacząc powyżej 15…

Podła Góra

Tutaj już młynkiem nie pokręcisz, z tyłu nie ma z czego zrzucić więc ugniatasz kapustę mając nadzieję, że to się zaraz skończy… Glikogen z mięśni znika w błyskawicznym tempie. Jeśli dodamy do tego brak jedzenia przed tym podjazdem to mamy idealnie podsumowanie klęski jakiej doświadczyłem na końcowej ściance… Fachowe strony o żywieniu podczas jazdy piszą, że jest to tzw. „zderzenie się ze ścianą”. I faktycznie tak zacząłem się czuć – jakbym przy dużej prędkości przywalił w betonowy mur. Jak glikogen w mięśniach spadnie poniżej poziomu krytycznego to już jest koniec. Następuje odcięcie prądu i nie ma szans tego nadrobić późniejszą suplementacją… Cenna lekcja na przyszłość i trochę wstydu przy wprowadzaniu roweru… Cóż, nie popełnia błędów tylko ten kto nic nie robi.

Bobsleje, przyroda i cierpienie

Zaczęło się od karkołomnego zjazdu z Przełęczy Rędzińskiej. Momentami -13%, a nawet -15%, a to znaczy, że podjazd od tej strony jest jeszcze bardziej wymagający niż to co pokonaliśmy przed chwilą – masakra 😀 Zjeżdżaliśmy dość agresywnie, droga była węższa niż na Okraju i było więcej ostrych zakrętów. Raz, przy hamowaniu, zblokowało mi się koło i poszedłem lekko boczkiem na zewnętrzną krawędź jezdni. Jeden kolega nie miał tyle szczęścia i wyleciał z drogi w przydrożne krzaki przy takich 60km/h. Wieloletnia jazda i doświadczenie upadków na MTB przydało mu się w tym momencie. Wyszedł z krzaków z uśmiechem na ustach tylko lekko poobcierany. Rower nie miał tyle szczęścia, ale to już temat na inną historię 🙂

Rędzińska upadek

Od tego momentu zjeżdżałem już znacznie wolniej często trzymając klamki hamulców w gotowości. Kolejne 35km to jazda w przepięknych okolicznościach natury. Widoki na góry, kręte wąskie drogi i dużo wiejskiego klimatu. Kilka mniejszych pagórków pokazało mi co stało się z nogami na poprzedniej przełęczy. Tętno względnie niskie, oddech regularny, nie czujesz jako takiego zmęczenia bo organizm doszedł już do siebie. Głowa i serducho chcą jechać, ale nogi krzyczą z dołu – „chyba Cię pogieło!” Mniej więcej tak to wygląda. Każda zmarszczka, już nawet nie hopka, to męczarnia dla nóg. Ratowało mnie tylko mielenie młynkiem w okolicach 95 obrotów na minutę. A w planach była jeszcze trzecia przełęcz…

Atak i odklepanie

Na trasie pozostawał nam jeszcze atak na wzniesienia prowadzące do miejscowości Borowice i poprawka w kierunku Suchej Góry – takie dwa ząbki. W międzyczasie zgłodniałem, co było gwoździem do żywieniowej trumny tego dnia. Przed podjazdem zatrzymaliśmy się w sklepie żeby coś zjeść i uzupełnić cukier. Myślałem, że może to coś pomoże. Pomogło. Na całe 2km podjazdu. To było takie chwilowe oszukanie wypłukanych mięśni, zastrzyk cukru, który spalił się bardzo szybko. O tym też idzie poczytać w fachowej literaturze. Podjeżdżając ten kawałek stanąłem przed wyborem – próbować to podjechać do końca (było jeszcze około 7km podjazdu) i się zajechać, czy odpuścić i zawrócić, póki organizm się nie zbuntował po całości.

Atak i Odklepanie

W przypadku opcji nr 1 czekałoby mnie co najmniej 7-8 dni detoxu od roweru i rezygnacja z planu treningowego na ten czas. W przypadku opcji nr 2 max 3 dni regeneracji i powrót do normalnego treningu. Wygrał zdrowy rozsądek. Na szczęście. Trzeba umieć mierzyć siły na zamiary – jeszcze jestem na to za słaby. I tutaj dochodzę do sedna. Owe 2000 metrów na jednej jeździe to była kolejna bariera, którą chciałem złamać tego dnia. Porażki uczą i tego się trzymam. Wrócę tam i zrobię tą trasę raz jeszcze tylko inaczej bo już wiem jak 🙂

Podsumowanie

Miarą meczu piłkarskiego wyjazd na remis 1:1. Gol dla mnie to wjechanie na przełęcz Okraj i to, jak na moje możliwości, bardzo przyzwoicie. Bramka stracona to te 2000m. Cóż, będzie rewanż 🙂 Po dwóch dniach wyszedłem na trening w domu. Nogi były jeszcze betonowe, ale lekki tlenik szybko je rozruszał więc decyzja o zawróceniu na plus. Góry weryfikują wszystko, od przygotowania fizycznego, przez mentalne po, jak się okazuje, żywieniowe. Krótko mówiąc góry są podłe i właśnie dlatego je uwielbiam i będę do nich wracać 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *