• 666-663-050
  • kontakt@roweromantyk.pl
Wydarzenia
Majówka 2022 z Sulechride

Majówka 2022 z Sulechride

Tego nie spodziewali się nawet najstarsi górale. A tak już zupełnie poważnie, to co się wydarzyło na długo zapadnie w pamięci wszystkich, którzy wzięli udział w majówkowym kręceniu. I pomyśleć, że pomysł narodził się zaledwie tydzień przed. Szybkie planowanie tras, konsultacje co do ich przebiegu, nanoszenie poprawek i voila, majówka jak się patrzy. Udało się stworzyć wydarzenie, które być może stanie się cyklicznym.

Czy można spędzić sympatycznie majówkę w swoim regionie? Czy rzeczywiście trzeba jechać nad morze lub w góry, aby pozwiedzać i odkryć fantastyczne miejsca? Przed takimi pytaniami stajemy zapewne co roku. Dodatkowo zawsze dochodzi zmartwienie dotyczące prognoz pogody. Z własnego doświadczenia pamiętam, że pięć ostatnich lat było nieciekawych jeśli chodzi o ten aspekt. Po Świętach Wielkanocnych stanąłem przed podobnymi dylematami.

Zrobiłem rozeznanie, zacząłem wstępnie planować trasy i rzuciłem luźny pomysł paru osobom. Odpowiedzi dość pozytywnie mnie zaskoczyły, ponieważ okazało się, że masa ludzi woli jednak pozostać w regionie.

Po narysowaniu tras wrzuciłem je grupę facebookową i… reszta jest już pozytywną historią.

Ale nie byłbym sobą, gdybym tego nie opisał. Chciałem zaplanować trzy trasy, po jednej na każdy dzień majówki, tak aby każda prowadziła w inny rejon i nie powtarzała przejazdu tymi samymi drogami co we wcześniejszych dniach. Trzy razy po 70-80km miało dać pozytywny rezultat. Niestety stan dróg w regionie wyklucza takie kombinacje przy założeniu dwóch pierwszych wariantów. Jeśli chcesz u nas jechać pętlę 80 km to licz się z tym, że spory kawałek przejedziesz po wertepach, a na drugi dzień będziesz musiał zaliczyć część z przejechanych wcześniej odcinków.

Zaczęły się fikołki i pajacyki. Przy planowaniu pierwszego dnia pomogła mi Kasia z Yolo (yolobike.pl), która dała wskazówki dotyczące nowych asfaltów w okolicy Zielonej Góry i przy okazji ustaliliśmy, że łączymy grupy – to musiało się udać. Przy dniu drugim pomogła mi wycieczka na MRU i przejazd autem odcinka Pniewo-Wysoka-Boryszyn, który miał się znaleźć na trasie. Dramat. Do tego stopnia, że drugi etap został wydłużony do setki przez Międzyrzecz. Choć i tutaj nie uniknęliśmy dwóch kilometrów wertepów w okolicy miejscowości Pieski, to całość wyszła prawie idealnie. Trzeci dzień miał być po płaskim, na „odpoczynek” i to założenie udało się osiągnąć bez poprawek. Jak to wszystko potoczyło się w rzeczywistości? Jak nam wyszła majówka? Przeczytacie poniżej.

01.05

9:00 na zegarze, termometr za oknem pokazuje dwanaście kresek powyżej zera, ale prognozy zapowiadały dobicie do osiemnastki w przeciągu godziny. Jest słonecznie i bezwietrznie, więc ogromny pozytyw. To taki typ pogody, na którą nie wiesz jak się ubrać na rower. Czy całość na długo, czy może jednak na krótko? A może jednak kompromis pomiędzy jednym i drugim? Wygrał kompromis, choć pierwsze zderzenie z wiosenną aurą na zewnątrz do najprzyjemniejszych nie należało.

9:30 na zbiórce pod basenem w Sulechowie pozytywne zaskoczenie – pojedziemy w więcej niż czterech. Od razu było widać, że inni uczestnicy również walczyli rano z dylematem „na krótko czy na długo”. Perspektywa połączenia się z kolorowym, zielonogórskim Yolo w Zawadzie, zawsze działa na wyobraźnię lokalsów. Majówka czas start!

Wyruszyliśmy w kierunku Zielonej Góry przez wyremontowany most w Cigacicach (więcej na jego temat tutaj → http://roweromantyk.pl/index.php/2022/04/01/most-w-cigacicach/). Po drodze dołącza do nas dwóch wojowników z Górzykowa. Osławiony licznymi próbami ataków góral „Nairo” i wiecznie ciągnący naszą karawanę Pan „jestem bez formy”, wbiegający Golgotę szybciej niż ja wjeżdżam na CX 😀 . Na zrodzony entuzjazm jadącej grupy nie wpłynął nawet „incydent” z frustratem kierującym srebrnym Picasso, który potraktował nas spryskiwaczami. Życie. Rodzinie współczujemy.

Yolo Sulech

W Zawadzie „krótki” postój na krzyżówce w oczekiwaniu na Yolo. W międzyczasie atrakcja – mijają nas lokalne legendy, byli zawodowcy, gwiazdy polskiego peletonu. Bez kasków. Cóż. Paru z nas przebąkiwało, że by się za nimi puściło, aby szepnąć parę słów o bezpieczeństwie na rowerze, ale słońce świeciło nie z tej strony i generalnie nie bardzo się chciało.

Zawada postój

Jazda w połączonych grupach to już czysta bajka. Peleton frunie, czas mija, kilometry lecą. Majowy krajobraz, w którym kwitnie chyba wszystko, co się da na czele z rzepakiem zapada w pamięć. Frunęliśmy tak przez pierwszych może sześć kilometrów. Wówczas przydarzyła się pierwsza guma. Dziesiątki oczu patrzących na dłonie zmieniającego dętkę ewidentnie nie ułatwiały mu zadania. Po udanym serwisie ruszyliśmy dalej, zbierając po drodze oczekujące na nas mniejsze grupki. Trasa wiodła przez Droszków do Czarnej nowiutkim asfaltem. Spodobało nam się, będziemy wracać.

yolosulechride

Przez Niedoradz wjechaliśmy do Otynia, a raczej minęliśmy go bokiem, kierując się w stronę Bobrowników. Takie spontaniczne zmiany trasy to my lubimy. Piękne okolice, warto było tam zajrzeć, kierując się na ścieżkę wiodąca wygasłym szlakiem kolejowym. To właśnie po nim wiodła dalsza część trasy, na główną atrakcję dnia – Most w Stanach (lubuskich, nie „zjednoczonych”). Ruch turystyczny na ścieżce był ogromny, toteż sunęliśmy gęsiego niczym pociąg z kilkudziesięcioma wagonami. Ku uciesze, rzecz jasna, mijających nas turystów.

most w stanach

Kilka fotek na moście, kilka zjedzonych bananów, kilka zamienionych zdań i ruszyliśmy dalej ścieżką do Konotopu i potem już wojewódzką 278 w stronę domu. W Bojadłach część grupy ruszyła na prom, aby wrócić do Zielonej Góry, reszta pojechała z nami do Sulechowa. Tutaj grozę wzbudzały w nas żółte tablice informacyjne nakazujące objazd Radowic przez Głuchów. Most w remoncie. Nie skorzystaliśmy ze wskazówek. Rowery trzeba było przeprowadzić przez to, co z mostu pozostało. Górka w Radowicach okazała się zabójcza dla peletonu, poszarpało nas jak na Madonna di Campiglio, gdzie w 1999 roku legendarny Marco Pantani pieczętował swój triumf w Giro. Ci, którzy zdołali dotrzeć pod basen, przybili sobie piątki i potwierdzili uczestnictwo następnego dnia.

most w Radowicach

Dzień pełen wrażeń i przygód, a to był dopiero początek.

02.05

Zbiórka pół godziny wcześniej niż dnia poprzedniego potrafi utrudnić życie ludziom 😀 . Pod basenem znów pozytywne zaskoczenie. Frekwencja podobna jak wczoraj i to mimo profilu trasy. 101 km na północ województwa, w kierunku Międzyrzecza, gdzie próżno szukać odcinków płaskich. Cały czas góra-dół. Jeśli kojarzycie „starą eskę” z Sulechowa do Świebodzina, to za pomnikiem Jezusa jest podobnie, tylko podjazdy i zjazdy są dłuższe. Wyszło prawie 600 metrów przewyższeń, co w naszych warunkach stanowi już góry. Stąd też etap zyskał miano „królewskiego”. A może dlatego, że jechaliśmy na zamek?

Majówka dzień drugi

Charakterystyka trasy sprzyjała podziwianiu pięknych, pofałdowanych krajobrazów, gdzie rzepak przeplatał się z zielenią innych upraw. Ach ta majówka, coś pięknego. Czasami grupka się szarpała, ale zjeżdżaliśmy się dość szybko, wszak o to chodziło, nie ścigać się, tylko jechać i delektować się wspólnie spędzanym czasem. W Międzyrzeczu na zamku sulechowskie rycerstwo nie zostało wpuszczone za mury. W sumie się nie dziwię, też obawiałbym się szabru armat, ale i tak zrobiliśmy wiele pięknych zdjęć. Los chciał, że skrzyżowaliśmy nasze ścieżki z Panią Pauliną Kołodziej (https://www.facebook.com/PKolodziej.fotografia), lokalną fotografką, która była tak uprzejma i cyknęła nam kilka świetnych zdjęć, wykorzystanych również w tym wpisie. Pozdrawiam serdecznie.

Zamek w Międzyrzeczu

Z zamku udaliśmy się na stację benzynową przy hotelu zlokalizowanym przy wylocie na Sulęcin. Kawka, pogaduchy, podziwianie drożyzny paliw. Takie dodatkowe atrakcje na trasie to zawsze wartość dodana.

w międzyrzeczu

Powrót w kierunku miejscowości Pieski miał być płaski i poważnie nie wiem, jak to się stało, że wyrosły nam tam trzy „ząbki”. Nikt chyba jednak nie narzekał, bo widoki kapitalne. Lasy, pola, łąki, jeziora, czyli lubuskie w pigułce. Odcinek po zjeździe w kierunku Żarzyna trzeba pominąć. Wertep na wertepie i tyle opisywania. Dalej po drodze można napotkać bunkry, część Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego, a raczej to, co z nich pozostało. Niemiec z rozmachem budował, ruski z rozmachem wysadzał w powietrze. Niemniej jednak region bardzo bogaty historycznie. Polecam zwiedzanie, zwłaszcza tych podziemnych części.

W Lubrzy czekał na nas lokalny klasyk. Podjazd jakich niewiele w regionie. 1,73 km stale pod górkę o średnim nachyleniu, bagatela, 2,9%! Idzie zdrowo w nogi. Czuliśmy to wszyscy, wszak na liczniku drugi dzień i wiele przebytych kilometrów. Trzeba przyznać, że piękna jest ta część naszego województwa.

Majówka

Przejechaliśmy przez Świebodzin i przez Chociule pojechaliśmy do Rudgerzowic (wymów to szybko, kilka razy pod rząd 😉 ). Reszta trasy to już powrót starą eską. Jechaliśmy w świetnych nastrojach, gotowi na to, aby podjąć wyzwanie i stanąć następnego dnia na kolejnej ustawce.

03.05

Majówka, dzień trzeci. Plan zakładał 85 km, głównie po płaskich drogach. Niewiadomą było natężenie ruchu, na niesławnej DK32, przez którą wiodło prawie 30 km trasy. Manewr z przejazdem tym odcinkiem w święto był strzałem w dziesiątkę. Szeroka droga z dobrą nawierzchnią. Ruchu tranzytowego praktycznie brak, a ci, którzy mieli wracać z majówek osobówkami, dopiero budzili się ze snu, popijając 2KC. Zleciało tak fajnie i tak szybko, że chciałoby się pojechać jeszcze raz. Ani się obejrzeliśmy i wjechaliśmy do Wielkopolski. Człowiek poczuł się światowo, co najmniej jakby wyszedł z chaty krytej strzechą na osiedle deweloperskie 😛 . Takie tam żarciochy, a już zupełnie na poważnie, to jeśli akurat wypada jakieś święto, to spokojnie można tą drogą jechać. W inne dni ruch jest zbyt duży.

Majówka Giro

Większość z nas nigdy nie była w tych stronach, było co podziwiać, choć tego dnia trochę we znaki dawał się silniejszy wiatr. Przejechaliśmy przez Siedlec i Chobienice, by dotrzeć do Zbąszynia na tamtejszą plażę. Miasteczko ma swój urok, jest bardzo zadbane, ma ciekawą starówkę, no i to jezioro. Można tam spędzić fajny weekend na plażingu. Przy jednej z budek zjedliśmy lody, popijając kawkę, gawędziliśmy o wszystkim.

lody

Po pamiątkowym zdjęciu nad brzegiem przyszedł czas na powrót przez Zbąszynek i Babimost. Udało się załatwić (nie wiem jakim cudem, choć się domyślam) straż pożarną i policję, które ułatwiły nam przejazd przez Babimost. Po drodze napotkaliśmy też kibiców, żwawo oklaskujących kolorowy peleton, a przed Nowym Kramskiem sporą grupę na turystykach. Mega pozytywni ludzie! Pozdrawiam!

Zbąszyń

Na zakończenie pozostał nam górka na DK32. Ta, która zawsze rozrywa grupę i podobnie było tym razem. Na szczęście wszyscy bezpiecznie dotarli pod basen. Uśmiechnięci i zadowoleni.

Podsumowanie

Licząc od startu do mety pod Basenem w Sulechowie wyszło niespełna 272 km po lubuskich szosach ponad 1100 metrów w górę. Pomysł „Majówka z Sulechride” zrodził się spontanicznie, bez długiego planowania i miał być wypadem kilku osób na objazd lokalnych asfaltów. Dzięki tym, którzy zdecydowali się wziąć (tak licznie) udział w wydarzeniu i to nie ważne, czy jeden dzień, dwa, wszystkie trzy, czy robili jeszcze dokrętki, wyszło nam wydarzenie, które mam wrażenie, że stanie się cykliczne. Taki event to promocja zdrowego trybu życia, lokalnych atrakcji turystycznych i także Sulechowa. Mam nadzieję, że zostanie to dostrzeżone, bo potencjał jest ogromny i nie wolno go zmarnować 😉 . Entuzjazm na trasach był tak wielki, że już nie mogę doczekać się przyszłego roku. A wy?

Dziękuję wszystkim za udział i wsparcie. To dzięki wam wyszło nam coś fantastycznego.

Serdecznie podziękowania dla wszystkich, którzy udostępnili zdjęcia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.